czwartek, 31 sierpnia 2017

Jak (NIE) poprawnie podróż - Alpy, część I

10 dni, 6 państw, 4300 kilometrów, dwóch fotografów i pies. Taki jest bilans wyprawy w Alpy, na którą wyruszyliśmy w drugiej połowie lipca.


Choć mówiliśmy sobie „jedziemy!” niemalże dwa lata, wyjazd i tak można opisać jako dość spontaniczny.  Na spakowanie się miałam dobę, tyle dzieliło przylot z pleneru w Norwegii od wyjazdu w Alpy. Kiedy w dniu rozpoczęcia wyprawy pytano nas, gdzie jedziemy, nie umieliśmy odpowiedzieć. „Gdzieś na Słowenię, zobaczymy”. Planem podróży była mapa z pozaznaczanymi  miejscami, w których chcieliśmy fotografować, hotelem – Opel Corsa w absurdalnie niebieskim kolorze lub namiot rozbity gdzieś w krzaczorach. 



Myśląc - jakoś to będzie, najwyżej wrócimy po 3 dniach, udaliśmy się w stronę pierwszego celu - Wiednia. Chcieliśmy jechać przez Czechy, ale na skrzyżowaniu drogi 52 z S1 pojechałam w złą stronę, bo przecież "ej, GPS nie jest nam na razie potrzebny, wiem jak jechać!" i wylądowaliśmy na Słowacji. Ups, każdemu przecież może się zdarzyć. 

Jakoś udało nam się dojechać do centrum Wiednia, strąbiono mnie tylko raz, więc pękam z dumy do teraz. Zaparowaliśmy auto i podreptaliśmy szukać obiadu. 


Autorem wszystkich bakstejdży jest Grzesiek. 

Spacerując po Wiedniu próbowałam poczynić jakieś steety. Okazało się jednak, że z psem jest to niemalże niemożliwe. Pomijam już, że Luna w tłumie cięgnie jak mały parowóz. Większy problem sprawiło to, że w mgnieniu oka stała się atrakcją przyciągającą wszystkie spojrzenia. A ja chciałam pozostać niezauważona i spokojnie podglądać ludzi... Z kolei w bardziej zatłoczonych uliczkach musiałam walczyć o to, żeby ktoś nie stratował mojego psa, bo niektórzy, pędząc w swoją stronę, nie zauważali 35-cio kilowego bydlaka.
Zdjęcie wykonane na ulicy, więc pewnie można nazwać to stritem.
Pasy wszędzie.
Z Wiednia ruszyliśmy w drogę na Słowenię, gdzie mieliśmy spotkać się z Niną (@kumbatiapack). Mieliśmy nadzieję, że uda nam się dotrzeć już na zachód słońca, ale w pewnym momencie okazało się, że to niemożliwe, więc postanowiliśmy umówić się na poranek następnego dnia w okolicy wodospadu Kozjak. 
Niemożliwe, bo... Samochodowi odpadł zderzak. Ups, każdemu przecież może się zdarzyć. Nie? 


Szybki telefon do taty i złote rady - włóżcie to jakoś na miejsce, jak nie będzie chciało wleźć to butem docisnąć, skleić kropelką, taśmą, związać sznurówką, cokolwiek, radźcie sobie i jedźcie dalej!
Jakoś się udało, trochę baliśmy się, że znowu odpadnie, gdy będziemy pędzić autostradą. Albo gdy przekraczaliśmy najbardziej szalone przejście graniczne między Włochami a Słowenią. Gdzieś w środku lasu, między milionem serpentyn.

Do celu dotarliśmy późnym wieczorem, zaparkowaliśmy na parkingu nieopodal campingu. 
Postanowiliśmy spać w aucie, chociaż w recepcji powiedziano nam, że gdzieś w pobliżu można rozbić namiot za darmo. 

I tutaj protip - na campingach można się umyć za darmo, łazienki są czynne chyba całą dobę. Jeśli chcecie się poczuć jeszcze bardziej jak Janusze podróży - nie bierzcie ze sobą kosmetyków, w damskiej toalecie na pewno coś się znajdzie. 

Trochę obawiałam się spania w aucie - rok temu nad jeziorem Bokod Luna nie mogła zasnąć i budziła mnie co chwilę swoim dyszeniem. Na szczęście tym razem było dużo lepiej, przebudziłam się tylko kilka razy, a rano zastałam taki widok: 


W następne noce Luna naprawdę zaskoczyła mnie swoją kompaktowością i umiejętnością zasypiania w każdych warunkach. 

Rano ruszyliśmy w stronę Kozjaku, wzdłuż przepięknej, górskiej rzeki o lazurowej wodzie. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że nie wygląda to tak kolorowo jak na Instagramie. Wodospad ogląda się z drewnianych pomostów. Zejście do wody nie jest bardzo trudne, ale skały były śliskie i Luna nie odważyła się na nie wskoczyć. Meyna nie miała z tym problemu (co border collie to border collie :D ) i mogłyśmy wykonać szybką sesję.










Po sesji mieliśmy jechać w stronę Trydentu, ale najpierw musieliśmy zatrzymać się gdzieś żeby zdobyć zapasy żywności. Grzesiek poszedł do supermarketu, a ja zostałam na parkingu, żeby pilnować psa. W pewnym momencie zauważyłam, że stoję obok przepięknego, niebieskiego budynku. Szybko przeparkowałam wóz, zaprosiłam Lunę za kierownicę i zaczęłam robić zdjęcia (jedno z nich widnieje jako drugie w tym poście). Grzesiek wrócił z zakupów, popatrzył na mnie, pokiwał głową i powiedział "na chwilę cię samą zostawić...".

Do Trydentu pojechaliśmy drogami przez włoskie wsie, pola i miasteczka. Znowu dopiero po drodze wybieraliśmy miejsce, w którym będziemy chcieli się zatrzymać na zachód słońca. Padło na Lago di Garda i miasteczko Limone sul Garda. Ale że do zachodu było jeszcze trochę czasu, stwierdziłam, że można gdzieś jeszcze pojechać. Skręciłam w pierwszą lepszą drogę. Okazało się, że wybór był całkiem dobry, bo trasa prowadziła przez liczne wąwozy i tunele i była bardzo widokowa. Wracając udało mi się sprawić, że Włosi mogli pooglądać widoki trochę dłużej, niż planowali. Zablokowałam drogę tak, że kilka samochodów musiało cofać, żebym mogła przejechać... 



Po zachodzie słońca nadszedł czas, żeby znaleźć nocleg. Tym razem chcieliśmy przespać się w bardziej cywilizowany sposób, ale okazało się, że campingi w okolicy są pełne. Musieliśmy się wrócić, lecz na szczęście udało się coś znaleźć. Cena za kawałek ziemi na jedną noc znacznie przerosła nasze oczekiwania, ale stwierdziliśmy, ze dobrze będzie pierwszą noc w namiocie przespać w miejscu do tego przeznaczonym, bo nie wiemy, jak zareaguje Luna. A ona, pierwsze co zrobiła gdy dotarliśmy na miejsce - obszczekała namiot rozstawiony obok naszego samochodu. Dzielny zwierz, nie ma co.

Gdy rozkładaliśmy namiot była piękna pogoda, więc postanowiliśmy nie wbijać śledzi, oprócz dwóch niezbędnych do rozstawienia przedsionka, w którym miała spać Luna, przypięta smyczą do metalowego wkręta. Oczywiście w nocy rozpętała się straszna burza, błyskało się tak, że momentami było jasno jak w dzień, a nasz namiot zaczął przemakać, więc wszystkim kapało na głowy. Luna, tak jak i my zresztą, nieprzejęta sytuacją próbowała spać dalej, mrucząc tylko coś pod nosem (gdyby nie to, że umierałam ze zmęczenia, umierałabym z dumy). Jakoś udało nam się zasnąć, mimo że deszcz tłukł się niemiłosiernie. Rano okazało się, że tropik wytrzymał ulewę, tylko w rogach namiotu stały kałuże wody. 

Pies obronny i suszący się namiot.
Udało mi się opowiedzieć dopiero dwie doby podróży, a zajęło mi to już tyle miejsca, jestem w szoku. Myślę, że dalsza opowieść musi pojawić się w następnym wpisie, żeby utrzymać napięcie, względnie nie zanudzić Was na śmierć.

Wygląda więc na to, że na kilka tygodni blog o fotografii zamieni się w podróżniczy. Mam nadzieję, że Was to zainteresuje i chętnie wrócicie po kolejną porcję. Dajcie proszę znać, co dopisać, co poprawić i o czym jeszcze (niekoniecznie w tym temacie) chcielibyście tu przeczytać! :)

Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do końca, ciąg dalszy wkrótce! 

środa, 2 sierpnia 2017

Norwegia = minimalizm



Gdy wylądowałam w Norwegii po raz pierwszy wysłałam Jusi, właścicielce Atari, takiego SMS-a: "Czuję się, jakbym po 40 latach tułaczki wreszcie dotarła do Ziemi Obiecanej."
Po części dlatego, że choć samolot leciał 1,5 godziny, cała podróż zajęła prawie dobę. Bo lot był z Gdańska, bo tak rano, że trzeba było nocować na lotnisku, bo się opóźnił, bo jakiś samolot się zepsuł i zablokował pas startowy. Wszystko absurdalnie bez sensu.
Ale nie miało to znaczenia, gdy przed lądowaniem w Stavanger zobaczyłam Norwegię. Tysiące jezior i skaliste fiordy. Nie liczyło się to, że spędzę tu tylko 28 godzin, a za jakieś 24 powinnam siedzieć na egzaminie. Już wiedziałam, że to moje miejsce na Ziemi (pewnie dlatego, że jestem blondynką o jasnej karnacji, która nie znosi upałów).

Norwegia kojarzy mi się z krajem zimnym, deszczowym, surowym, ale przy tym niewyobrażalnie pięknym. I faktycznie taki jest (gdy w drodze w góry zaczęło padać powiedziałam "to jest to, jak Norwegia wyglądała w moich marzeniach"), a piękna jest nie tylko natura, ale też architektura. W jednym zdaniu Norwegię mogłabym opisać jako kraj bez krasnali ogrodowych.


Poniżej zdjęcia z pobytu w Stavanger. Chciałam, żeby oddały charakter tego miejsca, a wszystkie epitety podane w poprzednim akapicie kojarzą mi się ze słowem MINIMALIZM.







W lipcu udało mi się wylądować na Ziemi Obiecanej po raz drugi. Tym razem bez przygód takich jak  pierwszym razem, ale jako że moje drugie imię powinno brzmieć absurd, nie obeszło się bez przypału. Udało mi się kupić ostatnie miejsce w samolocie. I to na trochę inne daty, niż chciałam pierwotnie. Tak się wygrywa w bycie przegrywem.

Spędziłam 9 dni w hotelu dla psów niedaleko Oslo, ale o tym w innym wpisie.
Ostatniego wieczora pojechaliśmy nad jezioro, na ognisko pożegnalne. Idealna okazja, żeby wykonać kilka zdjęć Atari. Oczywiście w norweskim stylu. 













Myślę, że warto jeszcze napisać o tym, jak i dlaczego znalazłam się w Norwegii.

Rok temu, gdy gnaliśmy na sesję w lawendach z malutką jeszcze wtedy Atari, Jusia opowiadała mi (między łamaniem wszystkich przepisów drogowych, żeby zdążyć dowieźć nas na zachód słońca <3) o północy, psich zaprzęgach i tym hotelu dla psów. Że jakbym kiedyś chciała dużo ras w jednym miejscu, to mogę tam przyjechać. Odpowiedziałam pewnie coś w stylu: wow, super, nie wierząc, że to faktycznie się wydarzy. Przypomniałam sobie o tym siedząc już w samolocie do Oslo.

W międzyczasie Jusia zrobiła dla mnie masę wspaniałych rzeczy, nie oczekując niczego w zamian. Przede wszystkim udało jej się ogarnąć nieogarnięte, czyli mój wyjazd do hotelu, który jeszcze na tydzień przed nim był wielką niewiadomą. Chyba do końca życia będę dziękować!

Najwspanialszy border collie z najwspanialszą właścicielką :>
Od pobytu w Norwegii minęły dwa tygodnie. Wystarczająco dużo, żebym zdążyła się porządnie stęsknić. Ciągle myślę o tym, żeby tam wrócić, gdzieś bardziej na północ, do zimna, surowości i psich zaprzęgów.
Oby niebawem.