środa, 2 sierpnia 2017

Norwegia = minimalizm



Gdy wylądowałam w Norwegii po raz pierwszy wysłałam Jusi, właścicielce Atari, takiego SMS-a: "Czuję się, jakbym po 40 latach tułaczki wreszcie dotarła do Ziemi Obiecanej."
Po części dlatego, że choć samolot leciał 1,5 godziny, cała podróż zajęła prawie dobę. Bo lot był z Gdańska, bo tak rano, że trzeba było nocować na lotnisku, bo się opóźnił, bo jakiś samolot się zepsuł i zablokował pas startowy. Wszystko absurdalnie bez sensu.
Ale nie miało to znaczenia, gdy przed lądowaniem w Stavanger zobaczyłam Norwegię. Tysiące jezior i skaliste fiordy. Nie liczyło się to, że spędzę tu tylko 28 godzin, a za jakieś 24 powinnam siedzieć na egzaminie. Już wiedziałam, że to moje miejsce na Ziemi (pewnie dlatego, że jestem blondynką o jasnej karnacji, która nie znosi upałów).

Norwegia kojarzy mi się z krajem zimnym, deszczowym, surowym, ale przy tym niewyobrażalnie pięknym. I faktycznie taki jest (gdy w drodze w góry zaczęło padać powiedziałam "to jest to, jak Norwegia wyglądała w moich marzeniach"), a piękna jest nie tylko natura, ale też architektura. W jednym zdaniu Norwegię mogłabym opisać jako kraj bez krasnali ogrodowych.


Poniżej zdjęcia z pobytu w Stavanger. Chciałam, żeby oddały charakter tego miejsca, a wszystkie epitety podane w poprzednim akapicie kojarzą mi się ze słowem MINIMALIZM.







W lipcu udało mi się wylądować na Ziemi Obiecanej po raz drugi. Tym razem bez przygód takich jak  pierwszym razem, ale jako że moje drugie imię powinno brzmieć absurd, nie obeszło się bez przypału. Udało mi się kupić ostatnie miejsce w samolocie. I to na trochę inne daty, niż chciałam pierwotnie. Tak się wygrywa w bycie przegrywem.

Spędziłam 9 dni w hotelu dla psów niedaleko Oslo, ale o tym w innym wpisie.
Ostatniego wieczora pojechaliśmy nad jezioro, na ognisko pożegnalne. Idealna okazja, żeby wykonać kilka zdjęć Atari. Oczywiście w norweskim stylu. 













Myślę, że warto jeszcze napisać o tym, jak i dlaczego znalazłam się w Norwegii.

Rok temu, gdy gnaliśmy na sesję w lawendach z malutką jeszcze wtedy Atari, Jusia opowiadała mi (między łamaniem wszystkich przepisów drogowych, żeby zdążyć dowieźć nas na zachód słońca <3) o północy, psich zaprzęgach i tym hotelu dla psów. Że jakbym kiedyś chciała dużo ras w jednym miejscu, to mogę tam przyjechać. Odpowiedziałam pewnie coś w stylu: wow, super, nie wierząc, że to faktycznie się wydarzy. Przypomniałam sobie o tym siedząc już w samolocie do Oslo.

W międzyczasie Jusia zrobiła dla mnie masę wspaniałych rzeczy, nie oczekując niczego w zamian. Przede wszystkim udało jej się ogarnąć nieogarnięte, czyli mój wyjazd do hotelu, który jeszcze na tydzień przed nim był wielką niewiadomą. Chyba do końca życia będę dziękować!

Najwspanialszy border collie z najwspanialszą właścicielką :>
Od pobytu w Norwegii minęły dwa tygodnie. Wystarczająco dużo, żebym zdążyła się porządnie stęsknić. Ciągle myślę o tym, żeby tam wrócić, gdzieś bardziej na północ, do zimna, surowości i psich zaprzęgów.
Oby niebawem.