poniedziałek, 31 października 2016

Dziś wreszcie, po dość długiej przerwie, postaram się napisać coś, co ma związek z fotografią psów. Obiecuję. Wstęp będzie długi, rozwinięcie jeszcze dłuższe, ale konkluzja - trafna. Przynajmniej w mojej skromniuchnej opinii.

Od dawna powtarzam, że psy to niezwykle złośliwe zwierzęta. A może nawet nie niezwykle, po prostu złośliwe, tak samo, jak większość stworzonek. Teza postawiona dość intuicyjnie, na podstawie wieloletnich obserwacji różnych psów, głównie podczas sesji zdjęciowych. Bo przecież każdy fotograf czworonogów miał sytuację, w  której wszystko jest idealne - światło, kadr... Tylko model uparcie patrzy nie tam, gdzie trzeba. Albo ostentacyjnie siedzi tyłem. Albo pięknie pozuje, ale akurat wtedy, gdy przepinamy obiektyw.

Okazuje się jednak, że moja teza ma potwierdzenie w świecie nauki. Żeby być wiarygodną, przytoczę cytat z najnowszej książki prof. Jerzego Vetulaniego

"W doświadczeniu France de Waal wręczał małpie nagrody za podawanie określonych klocków - gdy podawała badającemu czerwony klocek, otrzymywała nagrodę, gdy zielony - dostawała ją również małpa z sąsiedniej klatki. W większości przypadków szympans podawał klocek zielony, aby ucieszyć również swojego towarzysza. Gdy jednak po dwukrotnym wyborze klocka czerwonego sąsiadka zaczęła się wściekać i hałasować, małpa robiła jej na złość i podawała już wyłącznie klocek czerwony. Bezinteresowna złośliwość to według mnie oznaka bardziej rozwiniętej inteligencji niż proste czynienie dobra."
 Wiem, że w doświadczeniu mowa jest o wyższych naczelnych, które mają bardziej złożoną budowę mózgu i są inteligentniejsze od psów. Ale jeśli udałoby się odtworzyć taki eksperyment i otrzymać podobne wyniki... Okazałoby się, że pani Luna jest najinteligentniejszym (już nie najzłośliwszym!) psem świata!

Złośliwopsy.
Dlatego też postaram się podjąć wyzwanie i spróbuję sprawdzić, co powiedzą moje złośliwopsy postawione w podobnej sytuacji. Z czystej, naukowej ciekawości (wykładowcy nazywają nas (studentów) młodymi naukowcami - to zobowiązuje!) i w celu udowodnienia, że Luna nie jest wcale taka głupiutka, jak się niektórym wydaje (a jako że zwykło się mówić "jaki pan taki pies" będę też bronić swojego własnego honoru!).

Niezależnie od wyników moich, pseudonaukowych pewnie, badań na temat złośliwości psów, należy pamiętać, że potrafią one odczytywać wyraz twarzy człowieka i interpretować ton jego głosu. Dlatego podczas sesji zdjęciowej nie należy się stresować czy denerwować, bo model to odczuje, zniechęci się i nie będzie chciał z nami współpracować. Czy będzie to wynikało z bezinteresownej złośliwości czy nie, efekt będzie taki sam - kolejne zdjęcie, które podczas selekcji wyląduje w koszu.

piątek, 21 października 2016

Brak

Luna jest psem bardzo specyficznym. Delikatnie powiedziane. No ale pomyślcie sami, jak określilibyście zwierzę, które pożarło swój własny ząb? I to jeszcze jedynkę?

W reklamie Pedigree już raczej nie wystąpi.
Myślałam długo, próbując dociec przyczyny tego jakże tajemniczego zdarzenia. Nie wiedziałam nawet jak, gdzie i kiedy. W pewnym momencie doznałam olśnienia. Przypomniał mi się wiersz Norwida, "Fortepian Szopena". Było tam napisane, że każdy ideał, żeby mógł być idealnie idealnym ideałem, potrzebuje swojego dopełnienia - braku.

Oczywistością stało się więc, że ten zjedzony ząb jest po prostu BRAKIEM niezbędnym do osiągnięcia doskonałości.

Pani Luna pokazująca całemu światu swoją (nie)doskonałość

 
No ale Luna, uprzejmie proszę, wytłumacz mi, dlaczego o musiał być ten przeklęty ząb? Nie mogło ci braknąć nieco wypadającego futra albo cieknącej śliny?


"Ideał — sięgnął bruku — —"


wtorek, 28 czerwca 2016

Dociekania psa

Liczyłam kilka razy. Najpierw w pamięci, ale to, co mi wyszło, uznałam za nieprawdopodobne. Jako że matematyki nie miałam już dawno, wzięłam kalkulator. Kilka kalkulatorów. Każdy pokazywał ten sam wynik. 2016-2009 za każdym razem okazywało się być równe 7. Więc to już 7 (słownie s i e d e m) lat wspólnie spędzonych z Luną.

Pamiętam dzień, w którym ją przywieźliśmy. Nie będę opisywać uczuć, które temu towarzyszyły. Wakacje mam, po co się wysilać intelektualnie, skoro pan Schulz zrobił to doskonale kilka dekad temu. Zobaczcie sami:
  "Ale przede mną leżała jeszcze cała przyszłość. Jakiż bezmiar doświadczeń, eksperymentów, odkryć otwierał się teraz! Sekret życia, jego najistotniejsza tajemnica sprowadzona do tej prostszej, poręczniejszej i zabawkowej formy odsłaniała się tu nienasyconej ciekawości. Było to nad wyraz interesujące, mieć na własność taką odrobinkę życia, taką cząsteczkę wieczystej tajemnicy, w postaci tak zabawnej i nowej, budzącej nieskończoną ciekawość i respekt sekretny swą obcością, niespodzianą transpozycją tego samego wątku życia, który i w nas był, na formę od naszej odmienną, zwierzęcą."
Przez siedem lat zastanawiałam się nad tą wieczystą tajemnicą. Próbując zrozumieć moje śmieszne zwierzątko czytałam Kafkę, Pascala, Nietzschego. Nie doprowadziło mnie to jednak do niczego (zawsze bawi!) konkretnego. Jedynie do kilku wątłych tez, które postanowiłam zebrać w jednym miejscu i pokazać światu.

Kontemplacja natury, schopenhaueryzm.

Nie mam pojęcia, kim jest Luna, ale zdecydowanie nie nadpsem. Bo analogicznie do nadczłowieka, nadpies powinien potrafić znieść wieczny powrót. Luna po dwóch rzutach piłką już z nią nie wraca, co dopiero tak całą wieczność!
Wydaje mi się, że może być po prostu psem-filozofem. Prawdziwą trzciną myślącą. Każdy kto ją przez dłuższy czas obserwował potwierdzi, że wygląda, jakby przez większą część życia toczyła egzystencjalne dociekania. Co jakiś czas orientuje się, że jednak jest (bo przecież chyba jest? Dyszy, więc jest. Tak to było u Kartezjusza?) zanurzona w jakiejś przestrzeni. Robi wtedy zdziwioną minę, na moment przypomina sobie o sprawach doczesnych, po czym wraca do swoich rozmyślań.


Chyba trochę Weltschmerz.

Myślę, że podczas tego swojego dociekania dawno już znalazła odpowiedź na pytania dręczące ludzkość przez tysiąclecia, jak na przykład "a cóż to jest prawda?". Jednak za każdym razem, gdy pytam ją o sens życia, ironicznie milczy. Może to i lepiej. Pewnie dowiedziałabym się, że Sensem jest chlebek, spanie i wychodzenie na spacer.

Pani Luna ironicznie milcząca.


Tak, WYCHODZENIE. (Skoro jakiś Zenon z Elei miał jakieś tam swoje paradoksy, to Lena chyba też może?). Luna najbardziej na świecie lubi wychodzić na spacer i wsiadać do auta. Nie lubi: spacerów i jazdy autem.

Dodatkowo w jej umyśle zachodzi swoisty trójpodział. Na rzeczy, których się boi, które można zjeść i które ma po prostu gdzieś. Ja należę chyba do trzeciej kategorii, względnie do drugiej.
Mimo to udało nam się przez te siedem lat doskonale ze sobą dogadać.  Właściwie jesteśmy całkiem podobne. Różnimy się tylko nieznacznie, przykładowo spacerach ja chodzę z głową w chmurach, ona - w dziurach (kopanie jest jej metodą szukania Sensu i Prawdy, zdecydowanie)


Fot. Grzegorz Bukalski

Krótka informacja dla wszystkich, którzy są przerażeni stopniem uosobienia mojego zwierzątka w tej notce. Spokojnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że wszystkie moje teorie to pewnie jedno wielkie nieporozumienie.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Raj


Ludzie mówią, że każdy ma swoje miejsce na ziemi. Jeśli to prawda, to plantacja lawendy w Ostrowie jest moim. Minął rok od ostatniej wizyty w tym "Raju". Wydaje mi się, że mogło minąć z 30 (bo w sumie co to jest czas? coś całkowicie względnego, tak myślę). A przynajmniej o tyle starsza się czuje. Wszystko w moim życiu się zmieniło, ja się zmieniłam. Ale jedno jest stałe - wciąż fotografuję wesołe, śmieszne pieski (w pięknie kwitnącej lawendzie). Więc może to jest Sens, tak gorliwie przeze mnie (i pewnie całą ludzkość) ostatnio poszukiwany...?
















 "Now you should try this little game
Just close your eyes, forget your name
Forget the world, forget the people
And we'll erect a different steeple"

poniedziałek, 23 maja 2016

Pomaturze

Przez ostatnie kilka miesięcy wypowiedziałam słowa "po maturze" tyle razy, że zaszła ich hiperbolizacja, mistyfikacja i pewnie jeszcze jakaś -acja, o której istnieniu pewnie nawet nie mam pojęcia. Te dwa wyrazy zaczęły symbolizować coś naprawdę wielkiego, nieopisanego, nieznanego i mistycznego. Jest to zjawisko ciekawe, bo przecież używałam ich do opisania rzeczy całkowicie zwykłych, codziennych, znanych i przyziemnych. Kilka przykładów:

  • -Kiedy w końcu wyślesz mi zdjęcia, które zrobiłaś mojemu psu rok temu?
    -Po maturze!
  • -Witam, czy można umówić się na sesje?
    -Po maturze!
  • -Iza, jest 4 nad ranem. Pójdziesz w końcu spać?
    -Po maturze!
  • -Obiad gotowy! Może raczysz spożyć?
    -Po maturze!
  • Kiedy zaczniesz znów pisać na blogu? (to nie fikcja literacka, sami zobaczcie  <3)
    -Po maturze!
Ewentualnie:
  • -Patrz, książkę przyniosłam, fajna taka, o filozofii, czytać będę.
    -Po maturze!!!! 
Jak widzicie. Rzeczy tak nieziemsko przyziemne, że aż wstyd się przyznawać, że to dotyczy też mnie, artysty przecież, może nawet romantycznego. A wszyscy wiemy, że oni nie jedli, nie pili, nie wypróżniali się i w ogóle wszystko nie. 

 Ale powtarzanie tych głupot milion razy musiało mieć swoje konsekwencje. I tak zarówno matura, jak i "pomaturze" miały być czasem, w którym będą się działy rzeczy zdecydowanie wielkie. Rzeczywistość jednak, jak to ma w zwyczaju, zakpiła sobie z wyobrażeń.

 Okazało się bowiem, że matura to tylko śmieszna farsa (myślę sobie nawet, że nic nie rozbawiłoby mnie bardziej, niż wieść o tym, że nie zdałam!). Tysiące godzin przygotowań do 28 godzin egzaminów. Luna zdaje się być tą sytuacją rozbawiona jeszcze bardziej niż ja (a do tego, swoim zwyczajem, ironicznie milczy). Zobaczcie sami:
Przed egzaminem nie było jej tak do śmiechu, zwróćcie uwagę na te przerażone oczka.
A po egzaminie nadszedł ten długo oczekiwany czas... W końcu powinnam móc zrobić wszystko to, co nie było mi dane w ciągu ostatnich miesięcy. Powinnam już zwiedzić pół Europy, zrobić milion sesji, fotografować pieski na księżycu (tej ciemnej stronie), obrobić wszystkie zaległe zdjęcia, przeczytać książki, które od niepamiętnych czasów zalegają koło mojego łóżka z nadzieją, że kiedyś nadejdzie ich kolej (14 ich jest). No cóż... Przynajmniej się wyspałam. I najadłam. Bo, jak nakazuje słynna wadowicka tradycja - po maturze chodziliśmy na kremówki!



Cały mistycyzm odszedł w zapomnienie, niestety. Pozostała proza życia, a nawet, co przyznaję ze smutkiem, zwykła nuda.
Jeśli ktoś, gdzieś, czuje teraz dokładnie to samo, co ja - może napisać do mnie, porozmawiać, zadawać pytania, nawet głupie! :3 A wszystkich, którym gdzieś z tyłu głowy siedzi myśl o sesji zdjęciowej dla swojego pupila - zapraszam do kontaktu. Razem, z chęci zabicia nudy, możemy stworzyć coś wielkiego ;)

(Musiałam dopisać ten ostatni fragment, bo w innym wypadku szanowny Czytelnik mógłby pomyśleć, że ten tekst trafił na bloga o fotografii psów zupełnie przypadkowo!)

Dziękuję, że poświęciliście chwilę na przeczytanie takiej ogromnej ilości słów i mam nadzieję, że faktycznie "pomaturze" będzie się tutaj pojawiało o wiele więcej wpisów!